Historia o tym, jak głodna zawodniczka wymyśliła jedzenie, przy którym nie trzeba głodować. Jeśli trafiłaś tu z reklamy i sprawdzasz, kim jestem — dobrze robisz.
Ja też nie ufam ludziom z internetu, którzy obiecują cuda.
Dlatego zamiast obiecywać, opowiem Ci swoją historię. Myślę, że zobaczysz w niej kawałek swojej.
Świeżo po ślubie. Zero pieniędzy na
kursy. Ale
jedno wiedziałam na pewno:
ruch to moje życie.
Od dzieciaka
organizowałam biegi na uliczce
i
założyłam w szkole zespół cheerleaderek.
Za te pieniądze kupiłam kurs
trenera personalnego.
I zaczęłam
prowadzić zajęcia na salkach.
Bieganie było moim sposobem
na głowę. Jak miałam
za dużo na
barkach — szłam do lasu pobiegać.
Któregoś dnia znalazłam w telefonie
prawdziwe zawody, niedaleko
domu. Pojechałam tak, jak stałam
— w ciuchach po myciu okien.
Na miejscu wszyscy wyglądali jak z katalogu. Profesjonalne
stroje, sprzęt, powaga. Mąż powiedział, żebyśmy lepiej
wrócili do domu, bo nie mam tu szans i zrobię sobie wstyd.
Zostałam. W tych niekoniecznie
czystych spodniach.
Potem było ponad 100 wygranych biegów.
A kiedy poczułam,
że chcę sprawdzić
też drugą stronę siebie, weszłam
w
zawody sylwetkowe — mistrzostwa
województwa,
mistrzostwa Polski,
aż po start na mistrzostwach Europy.
I tu zaczyna się część,
która dotyczy Ciebie.
Dieta przed zawodami sylwetkowymi jest
bardzo ścisła. Mało produktów, nic, co
wzdyma, brzuch ma być idealnie płaski.
A ja zawsze naprawdę lubiłam jeść. Więc
byłam zwyczajnie głodna — tak jak Ty
na każdej diecie, którą próbowałaś.
Jednak ja kombinowałam, jak połączyć
produkty,
żeby kalorii było jak najmniej,
a jedzenia na talerzu
— jak najwięcej.
Żeby oszukać własną głowę.
Tak powstały przepisy, przy których
potrafię zrobić ogromny gar jedzenia,
który ma 150 kalorii. Cały smak robią
przyprawy — wystarczą dwa, trzy
proste produkty ze zwykłego sklepu.
X kcal
Zaczęłam wrzucać swoje posiłki na Instagram i Facebooka. Ludzie zaczęli je powielać. Pisali, że nie mogą uwierzyć,
jak to jest proste — i jak bardzo można się najeść.
Aż któregoś dnia w komentarzach
dziewczyny
zaczęły pisać
o mnie: Królowa objętości.
Nie wymyśliłam sobie tego tytułu.
Nadały mi go obserwatorki. I powiem
szczerze: cenię go bardziej niż niejeden
puchar. Puchar dostaje się za jeden
dzień formy. Ten tytuł — za jedzenie,
które zmienia komuś codzienność.
Z tych przepisów ułożyłam potem Menu na płaski
brzuch: 1600 kalorii dziennie, pełne talerze, codziennie
coś słodkiego. Kaloryczność, przy której pierwszy raz
na diecie jesteś najedzona — a efekt i tak przychodzi.
Takie komentarze czytałam latami. Że łatwo mi mówić. Że jak będę miała 40 lat, dwójkę dzieci i obowiązki, to zobaczę.
No i mam. Wybuchłam śmiechem,
kiedy
przeczytałam to ostatnio
— bo to dokładnie jestem ja.
Mam 40 lat. Mam dwoje dzieci. Pracuję
w szkole jako nauczycielka wychowania fizycznego, prowadzę
treningi personalne, organizuję wydarzenia
sportowe. Gotuję obiady rodzinie i montuję rolki
wieczorami. Doba jest za krótka — jak u Ciebie.
I tu muszę Ci powiedzieć
jedną ważną rzecz, uczciwie.
Ja trenuję dużo. Bo sport to mój zawód i moja miłość — biegam
rano, bo to kocham, nie dlatego, że muszę. Ale moja dieta
powstała właśnie po to, żebyś Ty nie musiała żyć jak ja. Jej efekt
nie wymaga dwóch treningów dziennie. Wymaga jedzenia,
które da się lubić — i trzech godzin ruchu na cały tydzień.
Zresztą w moim domu nikt poza mną nie ćwiczy. I nikomu to nie przeszkadza — każdy robi swoje, a czasu starcza na wszystko.
Żaden kurs kupiony miesiąc temu nie zastąpi lat pracy
z prawdziwymi kobietami i prawdziwymi problemami.
Wkładanie nogi w urządzenie nie zmieni ciała, bo serce
wtedy nie pracuje. Formę robi jedzenie i ruch — nie zabieg.
Jest praca z nawykami — wprowadzana
tak łagodnie, żebyś jej prawie nie poczuła.
Małe zmiany, krok po kroku. A sylwetka i tak
zaczyna się zmieniać od pierwszych dni.
Codziennie. Zakazy przegrywają z życiem
— dlatego u mnie ciasto jest na śniadanie.
Przyszła do mnie kiedyś dziewczyna kompletnie załamana swoim życiem.
Zaczęłyśmy od najprostszych ćwiczeń i malutkich zmian w jedzeniu — bez
rewolucji, żeby nawet nie poczuła, że coś się zmienia. Pokochała ruch tak
bardzo, że dziś… sama jest trenerką personalną i prowadzi innych ludzi.
Inna nie wyobrażała sobie wieczoru bez lampki wina. Usiadłyśmy i rozłożyłyśmy to na
części. To nie alkohol był potrzebny — tylko rytuał, kieliszek w dłoni i coś na wieczorną
nudę. Podmieniłyśmy jedno i drugie. Dziś pisze mi, że odzyskała sylwetkę i pewność siebie.
Mam też podopieczne, które z kanapy doszły do pracy w wojsku. Serio.
Obiecuję: jeśli będziesz trzymać się planu, Twoja sylwetka się zmieni. Obiecuję
też, że nauczysz się jeść tak, że zostanie z Tobą na zawsze. Bo nie chodzi o
to, żeby przez chwilę jeść z kartki. Chodzi o to, żeby zrozumieć, jak to działa.
Czego nie obiecuję: że zrobię to za Ciebie.
Ale obiecuję prostotę, przy której to nie będzie ani trudne, ani czasochłonne. I to jest cała
moja filozofia: nie cuda, nie pieniądze, nie wyrzeczenia — proste rzeczy, robione codziennie.